2018-04-10   Zielonogórskie spotkanie z Antkiem – literacki opis przypadku bezdomności

Zofia Konopielko
Bezdomność – w ujęciu socjologicznym problem społeczny (zjawisko społeczne), charakteryzujący się brakiem miejsca zamieszkania (brakiem domu).
Bezdomność w ujęciu psychologicznym to kryzysowy stan egzystencji osoby nieposiadającej faktycznego miejsca zamieszkania, pozbawionej środków niezbędnych do zaspokojenia elementarnych potrzeb, trwale wykorzenionej ze środowiska w wyniku rozpadu więzi społecznych i akceptującej swoją rolę społeczną. Jako stan ewidentnej i trwałej deprywacji potrzeb mieszkaniowych w sytuacji, gdy dotknięta bezdomnością osoba nie jest w stanie jej zapobiec, wiąże się z poważnym upośledzeniem psychicznego i społecznego funkcjonowania człowieka.1)
Policzyli bezdomnych w Polsce. W całym kraju jest ich ponad 33 tysiące. http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-03-09/policzyli-bezdomnych-w-calej-polsce-jest-ich-ponad-33-tysiace/
Rośnie liczba bezdomnych w Polsce. Bezdomni w Polsce.
Rząd policzył bezdomnych w Polsce. https://wiadomosci.wp.pl/rzad-policzyl-bezdomnych-w-polsce-6099222127944833a



Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.
Nagle ktoś pyta - czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce? Spojrzałam. Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre, lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.
Zapraszam. Po chwili słyszę pytanie - czy pani też uważa, że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli, odpowiadam, że tak, Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie. Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi. Milczę ale słucham z coraz większym zainteresowaniem. Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie Empik-u. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną, różne tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empik-u. Potem wyruszam dalej. Te gazety - wskazuje na swój bagaż - znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają. Dyskutujemy.
Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.
Czy pani wie, że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją. Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w „Lalce”, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie, bo czytałem o pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.
Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.
Sąsiad z mojej ławki opowiada dalej, że się bardzo cieszy, gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.
Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek. Jestem dumna, że go znam.
A wie pani, mówi, ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc, odwiedzałem dawne restauracje. Tańczyłem z dziewczynami kolorowymi jak motyle, z dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i z szerokimi wirującymi  spódnicami na wykrochmalonych halkach. Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych firankach. Gdy się zbudziłem, przetarłem oczy, popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic, myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle…
Potem wysłuchał mojej opowieści o życiu, o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował, wyjaśniał, zapewniał, że tak jak jest, jest dobrze. Uwierzyłam mu, gdzieś w podświadomości miałam pewność, że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu, do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.
 Stale sprawdzaliśmy która godzina. Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.
Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym, chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał.
Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam, że jestem silna i spokojna. Widziałam znikającą sylwetkę, srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.
Wiem, że kiedyś tutaj wrócę, szczególnie gdy będzie mi źle. Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić. Usiądę na ławce na dworcowym skwerku. I wtedy przyjdzie Antek.
Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni. Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.
Jeśli los Was zaprowadzi do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi, dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta - czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce?…

1) https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezdomno%C5%9B%C4%87