2018-05-16   Moja Warszawa, tamaryszek i „manna z nieba”…

Zofia Konopielko
Nie zapomnę zapachu tamtej Warszawy. Warszawy końca lat 60 ubiegłego wieku. Po poznańskiej poukładanej i schludnej atmosferze, stolica pachniała rozwichrzeniem, wilgocią i wiatrem od Wisły, który szalał pomiędzy dość rzadko wtedy rozmieszczanymi wieżowcami, by zachować „kanały przewiewu” – jak mawiano. Wielkie przestrzenie przemierzałam tramwajami, jedynie mój Żoliborz poznawał ślady naszych stóp, bo gnaliśmy nad Wisłę, gdzie korty tenisowe były, jedne z nielicznych w okolicy, czy na Cytadelę przekraczając Plac Wilsona, choć wtedy zwany oficjalnie Placem Komuny Paryskiej, co nie przeszkadzało warszawiakom nazywać go jak przed II wojną światową - Placem Wilsona. Wydeptywaliśmy więc chodniki pięknych, klimatycznych uliczek z domkami zatopionymi w zadumie nad czasami, które minęły. Ale zanim mogliśmy się z nimi witać, przemierzaliśmy trasę od naszej ulicy - wówczas Stołecznej, a potem przemianowanej na Popiełuszki - do parku przy Teatrze Komedia. Tu zawsze był czas na refleksje, oglądanie i podziwianie jego otoczenia i ładnie zaplanowanej, ciekawej i bujnej roślinności. Okolony łukami biegnących kamienic przedwojennej wówczas bardzo eleganckiej, nowoczesnej zabudowy WSM, którą opisywał Marek Hłasko w swoim Wilku - jawiącej się na wysokim brzegu starorzecza Wisły, choć od niej oddalonego o niski, biedniutki, chałupiasty Marymont z którego to poziomu lubił oglądać Warszawę - jako świetlisty, jasny, czysty obszar – świat innych ludzi, do którego przecież też należał.
Jakie to szczęście, że wszystko to, co podziwiałam wtedy, jest nadal na swoim miejscu i żaden deweloper nie ma do niego dostępu.
I właśnie w tym parku przy Teatrze Komedia odkrywałam nowe, do tej pory nieznajome mi drzewa i krzewy, jak np. rokitnik. Ale nie zapomnę czasu, gdy ujrzałam po raz pierwszy zjawiskowy, rosły krzew. Właśnie był maj, jak dziś i właśnie zakwitł swoimi drobniutkim kwieciem. Pokrojem i barwą kwiatków, które chmurką otaczały jego długie i wiotkie, swobodnie igrające i poddające się wiatrowi gałązki, przypominał wielki, trochę rozjaśniony wrzos. I wówczas poznałam też jego imię - tamaryszek.
Tak więc był rok 1968, gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten duży krzew o zjawiskowej urodzie. Stawałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani w czasie pierwszych trzech lat studiów medycznych w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły, ale widać wtedy wzrok miałam zajęty czymś innym. Pewnie uwagę odwracały zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo wielgaśne tomy anatomii Bochenka…

Teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica.
Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające…
Ale miało być o tamaryszkach, a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne…
Gdy go ujrzałam przed kilku laty na plaży na Sardynii, gdzie w towarzystwie braci wyrastał z nadmorskiego piachu, stanęłam w zadziwieniu - jak wielki, dorodny potrafi być - właściwie jest drzewem i że rośnie w takich solą nasyconych ubożuchnych warunkach. I wtedy wszystko wróciło. Tamto spotkanie z Warszawą i tamte moje lata młodości „górnej i chmurnej”…
Wracam do mojego tamaryszka - przyjaciela i pierwszego zachwytu…
W necie piszą o nim tak ładnie i romantycznie - że jest kurierem pustyń i stepów. Przybył do nas z południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek i tam gdzie sól w glebie…
I dalej, że wg Biblii - ludzie widząc „coś drobnego, ziarnistego, niby szron”, leżącego na ziemi w wielkiej obfitości, pytali w języku hebrajskim „co to jest?” czyli man hu. A więc manna… I wówczas Bóg postawił jeden warunek swojemu narodowi wybranemu - należało zebrać tę mannę do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali już podwójną porcję, która się pojawiła w miejsce zebranej i nie psuła się do 7 dnia, tj. do dnia szabatu. W ten to właśnie sposób, jak podają też Ewangelie, Bóg żywił tą manną, która „miała smak placka z miodem” – wędrowców – uciekinierów z Egiptu, przez kolejnych 40 lat, aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.
Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Bo jednak to nie bajka była, widziały ją i widzą już kolejne pokolenia. Według Wernera Kellera, autora książki „Śladami Biblii”, jest to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki… Arabowie zaś uważają, że jest to czysta żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników…
Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro. Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc, że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…
I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp i gdy znajdę spróbuję na pewno i opiszę…
…a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr bawi się tamaryszkowymi włosami a słońce igra z kolorytem kwiecia malując na nim barwy ciemnego wrzosu albo pokrywając jasnym delikatnym różem…
… i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy, młodości i pierwszych zachwytów nad tamaryszkiem…
…i pieszczotliwie będę do niego przemawiała:
 mój ty Tamarix gallica co kiedyś dałeś wygnańcom „mannę z nieba”…
a nam swoją majową urodę… piękną i zwiewną jak sen.
Jak mój sen o życiu…