2017-03-03   Zapiski i listy Zosi Konopielko z d. Łukaszewicz do całkowicie wymyślonych osób (od ok. 1995 roku)

Inspiracja

Za mało jej było
trosk obowiązków zmęczenia
Nocy szpitalnych
cudzego umierania
Męki życia
Bezmiaru bezradności
Codziennych podróży do pracy
Autobusów cuchnących porannie
Czosnkiem i wczorajszą wódą

Patrzyła na obraz matki wiecznie cierpiącej

I czuła jak młodość jej mija u boku ukochanego
Który obdarował ją dziećmi i czułością
O jakiej nie marzyła

Gwiazdy widziała najpiękniejsze nad Bugiem
A z okna światła wydziergane nicią złocistą

Słuchała jak las szumi i ludzie mówią
I plotła historie nieprawdziwe
Baśnie o kolorach uczuć

niespokojna



Powrót z Holandii

W dalekim kraju zostawiła serce uśpione
Zamknięte w horyzont  kanałów i  domków jak z bajki
W krajobraz za bardzo uporządkowany
Szary pejzaż bez tulipanów
Bo za wcześnie tego roku zakwitły

Zawinęła wzruszenie sny i  wiosnę
W trawę miękką i spłowiałą na szerokich bladych wydmach
Wróciła zaklęta w wysuszoną wiatrem od morza Północnego piękną pustą muszlę
Zamieniona w obojętność nie istniała


Wyobraźnia czy interpretacja

Nigdy nie mów że nie masz  osiemnastu lat

zachowałam w oczach
obraz nierealny kota
kota tańczącego Teresy Pągowskiej

to także tylko wyobraźnia lub interpretacja

Nadeszła noc
samotna nad Bugiem
dwa pasma srebrne
rzeki
mgły
postrzępione sosny czarne jak wycinanka w chińskim teatrze cieni
czasami oczy ciepłe brązowe blisko

to przecież tylko wyobraźnia lub interpretacja

Oczy brązowe i ściemniałe kiedyś najdroższe
Była ogromna potrzeba bliskości tęsknota i ból serca
Zapamiętane wszystkie barwy nocy
Kamień z dalekiej wyspy przytulany zamiast
Oczekiwanie na telefon
Nudne monotematyczne listy
Pensjonarskie zakochanie
Młode piękne marzenia o miłości

To tylko interpretacja powiedziałeś
I ten czas został zamknięty w obojętność
Odrzucony i jak liść jesienny
Niepotrzebny nikomu
Przepłynął obok



Z kochania powstał człowiek

Z jakiego wielkiego kochania się wziąłeś
Że znasz takie czary

Kiedyś zechciałeś
I wówczas z lasu mgły i wiatru powstało
I sobie żyje
Smutne bo samotne serce osiemnastoletnie


Odwaga czy desperacja

Dwoje bardzo dorosłych ludzi
I takie małe serce osiemnastoletnie
Kto będzie odważny
I powie że to nie miłość
Że dni puste i noce samotne
Może zrozumie i roztopi się we mgle wieczornej


Wycieczka w przeszłość

Ulice zdeformowane złym snem architekta
Ludzie zamknięci w domach szufladach

Może kiedyś miły weźmiesz za rękę
I jak nigdy
Pokażesz swój Żoliborz
Zielone ogrody
Ślady stóp na wąskich uliczkach
Słonce krwiste za ciemną ścianą lasu
 Kampinos zaprasza



Obrazy sny

Stale jezioro nieruchome nocne leśne

Oczy ściemniałe pożądaniem
Takie kochanie


Zamknęłam w pancernym staniku
Stęsknione piersi i serce
Żeby  oszalałe z bólu nie pękło
Kiedy powiesz
Jaka słodka Kanada w miłym towarzystwie


Nie chodź dziewczyno do lasu
Bo usta do całowania masz stworzone
I ręce
Tylko serce już zajęte



Kiedyś w Paryżu

Zawsze chłodna i obojętna
Kobieta-Ryba

I nagle w sercu  Paryża
Inna
Samotna pośród przejrzystych marmurowych
Rzeźba
Tylko mężczyzny-Rodina

Pięknie wykrojone
Tragicznie uchylone usta łaknące oddechu

Ile listów niepotrzebnych napisała
Tęsknot osiemnastoletnich


To moja wina

Że zaprosiłam ciebie do Świata wspomnień
Ciągle żywych ale teraz pulsujących własnym blaskiem
Zaprosiłam do obcowania z przeszłością

Jakże blada stała się codzienność
Nawet spotkania na lotniskach świata
Widoki z okien samolotów i hoteli
Szum ciepłego morza
Pod słońcem rozpalonym lub niebem pełnym gwiazd
Turkusowe pieszczenie statku z falą
Słone pocałunki wody
Zieleń i kwiaty śródziemnomorskie
To tylko codzienność


Czy to Mazury były czy pradolina Narwi


Ulicami dużego miasta chodzisz sam
Zziębnięty w za krótkiej zbyt cienkiej kurtce
Z myślami stale wędrującymi
Łapczywie łowisz przelotne uśmiechy pięknych dziewcząt
A ja czekam w Janusie
Nad lazurem jeziora bezbrzeżnego
W chmurach wędrujących po niebie zszarzałym
W drzewach splątanych
Z obrazem milczących świadków naszej miłości
Pieszczot dotyków rąk w lecie upalnym
Snów niespełnionych
Śniadań na werandzie
A może znajdziesz mnie w pradolinie Narwii w ogrodzie na plebanii
W malwach ukrytą przed ludzkimi spojrzeniami
Nierozpoznaną
Jestem przy Tobie gdy samotnie wędrujesz ulicami dużego miasta
Zziębnięty w za krótkiej i zbyt cienkiej marynarce


Jesienią deszczową szara i smutną
Odchodzisz
I tylko płoną piękne chłodne światła wielkiego miasta
Zostaję z samotnością
 I oglądam wysuszone pomarszczone
Wspomnienia
Lata bujnego
Drżeń serca
Myśli szybkich
Jezior szerokich gdzie szczęście było i wolność kiedyś
Dróg przygotowanych tylko dla nas
Zaproszeń lasów pieszczących zapachem szumem i urodą
I czuję znużenie spowszednienie
I wiem , że to

Pożegnanie

Nadchodzi nieubłaganie
Starość bez uśmiechów



Obrazy w kolorze sepii
Była kiedyś taka zima
Tylko dla nas
Domek z czerwonym dachem
Ogrzany rozpalonym piecem
Żarem oddechów przyspieszonych rytmem namiętności
Liście już dawno opadły z drzew uśpionych
Rzeka płynęła jak zwykle bliska
Las ciemny był dookoła
Przyszły zwierzęta
Kot i pies
Zamieszkały krety zakochane w Calineczce
Mógł być zwykły wspólny dzień
kolejny


Pory roku

Ile jeszcze zim i wiosen
Oczekiwań
Rozmów nocnych
Słów czułych
Pocałunków lata
Fiołkowych zawirowań
Wieczna młodość zielona w sercach



Nagle podarowany
Obraz za oknem
Nowy niezwykły
Ciągle zachwycający
Jaka cisza i zapach świąt bliskich
Słodkie wspomnienia dzieciństwa
To pierwszy śnieg Miły

Zamknięta przerażającą symetrią
Ulic świateł i domów wielkiego miasta
Oddalona od ciebie
To kolejna zima

Jestem połową twego pięknego ciała
Ramion połową i ud
Rozdzielona tej wiosny w zimie
Stale nienasycona
Szukająca głosu, dotyku
bądź




Oczekiwanie

Hej serce dokąd to pędzisz samotnie
Zbyt rozgrzane
Wygładzone latem
Jesienią leśną jeziorną wypieszczone
Teraz ubrane jedynie w wietrzną sukienkę
Niespokojne tęsknotą
Pędzisz do tych piernatów i własnych pustych czterech kątów
Zatrzymaj się
Zobacz
Mgła zimowa na włosach rzęsach ustach
Tylko mgła jest twoja

Niezależne
Nienasycone
Nieuśpione
Niestrudzone
Nieopanowane
Niepowstrzymane
Niekochane i niechciane
męczące niespełnienie


las

Śniła, że rano przytuli w lesie pustym mężczyznę którego ukochała
Tak nie było
To ten las zdecydował
Zawsze myślał że już stary jest
odwiecznie zapatrzony w rzekę wielkiej urody
Obojętnie patrzył gdy przychodziła samotnie
Tej wiosny oszalał
Tylko ją wybrał
Gdy obejrzał swoje ramiona nie były jak zwykle sękate
Odrzucił mchy które porastały pnie jego sosen
Młody i zwiewny
Pieśń najpiękniejszą zaśpiewał
Potem z mgły się wynurzył
Coraz bardziej bezwstydny i zjawiskowy
Ubrany w wątły seledyn brzóz
Tańczył przed nią
Słońcem dotykał jej oczu ust i piersi
Czarował i wabił
Otulił zapachami
Aż nasycona zachwytem stała się wolna
Jak ptak
Szczęśliwa


***
W ciasnym salonie luster
Zbudowanym z cudzych oczy
Spojrzeń uśmiechów słów gestów
Zamknięta zapatrzona zatracona
Zgubiła siebie

***
W ciasnym salonie luster
Zbudowanym z cudzych oczy
Spojrzeń uśmiechów słów gestów
Zamknięta zapatrzona zatracona
Zgubiła siebie


***
Mglistym samotnym zmęczonym wieczorem
Nie mogła dać mu takiej radości
Delikatnej jak uśmiech wiosny
Słowików nad ranem pełni księżyca
Wirujących obłoków na niebie
Utrwalonych na wielkiej zielonej leniwej wodzie
Młodej rozszalałej rozmigotanej jesieni
I takich oczu
Zawsze płonących dwudziestoletnich namiętnych
-bo przecież sama nic nie miała
Poza garścią wyschłych wspomnień


Jest szalona


Wiruje przed niewidzialnym lustrem
Zawinięta w tkaninę zwiewną.
Razem ją tkali-ona i ten daleki
Napiętą do granic wytrzymałości osnową było pożądanie
Rozczulone wątkami nieskończenie różnobarwnymi
Jak
Pocałunek pod własną sosną
Taniec i pierwsze wtedy przytulenie
Trawa za mokra na kochanie
Wieczór samotny pod czarna ścianą lasu
Zapowiedź oczekiwania
Spotkanie o świcie
Zapamiętanie do bólu