2017-06-05   Cyganie z mojego dzieciństwa

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki. Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje. Mam kilka lat, ale czuję, że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory, mówią mieszkańcy. Mówią głosem ściszonym i niespokojnym. Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój. Więc bardzo czekam, czekam i wypatruję.
Wreszcie widzę, jak pewnego dnia moje ciotki pospiesznie zbierają śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie. I wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.
Kury są zamykane w kurnikach, a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.
To przygotowania na spotkanie z Obcymi.
Wreszcie ktoś woła, że był za górą i widział jak się zbliżają się. Cyganie. Przed nimi tylko jeszcze jedna góra.
Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam, że to trójkątne zaczarowane sery.
Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy, dużo wozów z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być… chcę być Cyganką…
Wolną jak Cyganie i  z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy wędrować gdzie tylko nogi poniosą. Żałuję, że urodziłam się w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.
Widzę śniadych, smukłych, nieznajomych chłopców, którzy sprzedają piękne złocistoczerwone patelnie…
I wszędzie słychać muzykę. Jak bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach.
Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali, niepostrzeżenie i tajemniczo. Myślę więc o nich. Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką, tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są, jaką ziemię i chmury teraz oglądają.
A wokół mnie tylko cisza, smutny spokój i góry nieruchome…

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów. I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas, przy ul. Nowotki, obecnie Orląt Lwowskich, w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Bohaterów Warszawy.
Obok, za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.
Ten przenikliwy płacz rzeźni stał się dla mnie i pozostał trwałym symbolem zniewolenia.
Obserwowałam tych nowych, nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce domu na Bohaterów Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały. Tylko czasem słońce grało w granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod chusty.
Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw. „cięte kwiaty” wywołują ten obraz. Nie chcę kwiatów w wazonie.

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.
Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.
Od tej pory najbardziej wypatrywałam jednego. Był wysoki i szczupły i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę. Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne kroki. Wyobrażałam sobie, że jest jak  czujny i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.
Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami. Podobno był to Dębicki.
Czasami szumiąc spódnicami przebiegała, nieomal nie dotykając ziemi, młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia.
Dopiero potem dowiedziałam się, że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze prawdziwych Cyganów…
A niedługo potem przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie bolesne tęsknoty za wolnością. Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”. 

Żyłam w pięknych, niezapomnianych czasach. Czasach o których teraz już tylko opowiadać można…
Jestem szczęśliwa, że kiedyś dostałam od losu i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

Teraz moja roczna Majka, wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy, zaczyna tańczyć. To jest dziwny i bardzo znajomy taniec. Najpierw rytmicznie, naprzemiennie tańczą jej barki, potem ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów, nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.
Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała…

 

 

Zofia Konopielko