2018-02-05   Spotkania pod lipami – z Leszkiem Hieronimem Wdowiakiem

Zofia Konopielko – opracowanie literackie, Jerzy T. Marcinkoski

Czy czujesz jak pachną lipy? Zapytał. O tak, bo właśnie jest lipiec, to naturalne, że kwitną - odparłem. Nie, zaprzeczył gwałtownie, to nie jest naturalne, bo to cud, że są takie potężne, że ktoś je tu posadził, nawet może w XIX wieku, co roku się odradzają, słodko kwitną a potem spadają z nich skrzydlate nasionka wirujące w powietrzu jak małe bączki spuszczane przez Pana Boga z Jego niebieskości.
Ależ z ciebie romantyk, rzekłem. O tak, zawsze byłem taki. Przyglądałem się światu i ludziom i chciałem ruszyć ziemię z posad świata. I nagle zanucił, jak czasami bywało, gdy siedzieliśmy nad szklaneczką starego wina. A była to Międzynarodówka.


„Wyklęty, powstań ludu ziemi!
Powstańcie, których dręczy głód!
Myśl nowa blaski promiennemi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud.
Przeszłości Ślad dłoń nasza zmiata;
Przed ciosem niechaj tyran drży!
Ruszymy z posad bryłę świata,…”


A może nie zanucił, tylko tak mi teraz przyszło do głowy, gdy wspominam Leszka Hieronima Wdowiaka. Bo słowa pasują…
Tak Jureczku, jakie my mieliśmy marzenia. Spotykaliśmy się od lat 70 ubiegłego wieku, systematycznie i byliśmy bardzo szczupli wtedy, prawda? E, co tam odrzekł, przecież tu jest tak pięknie i pachną lipy, rzekł rozglądając się wokół i zerkając w stronę cerkwi, czy nie nadchodzi nasz trzeci interlokutor – sam Abel, czyli Jego Ekscelencja Najprzewielebniejszy Abel. Arcybiskup Lubelski i Chełmski, polski duchowny prawosławny, objaśnił Leszek. Ponieważ Abel nie nadchodził, kontynuowaliśmy pogawędkę pod lipą, która skutecznie w jakiś dziwnie nieznany nam sposób opisany jedynie w literaturze, odstraszała muchy i rzucała przepastny cień, bo słońce już stało wysoko i mocno przypiekało. Leszek się pocił, jak to grubasy, ale znosił to dzielnie, mówiąc że wypaca z siebie wszystkie złe myśli które mu się lęgną w głowie, gdy sobie pomyśli o nieudanej rozmowie z jakimiś przedstawicielami władzy nie wyrażającymi zgody na kolejne szkolenie lekarzy i pielęgniarek w zakresie profilaktyki zdrowotnej.
Tak, naszą pasją stało się zdrowie publiczne, Leszku. Niektórzy koledzy uznawali Ciebie za dziwnego lekarza, który ucieka od tradycyjnej medycyny, pomimo ukończonych studiów, nie tyra jak oni, nie dyżuruje do upadłego, tylko coś sobie roi w głowie i działa by poprawić stan zdrowia ludzi. Wiesz, podziwiam Ciebie, powiedziałem, podziwiam Twoje zaangażowanie i determinację którą miałeś od młodości by zajmować się profilaktyką zdrowotną, a nie leczeniem już ujawnionych chorób. Mawiałeś, Leszku, że to jest nasza przyszłość. Tylko profilaktyka. Miałeś wizję społeczeństwa bez chorób. Poszedłem w Twoją stronę, bo też tak czułem i pomimo swojej neurologii, której jestem wierny do dziś, zaangażowałem się w tą samą dziedzinę, która była Twoim życiem i pasją. Tak, tak Jureczku, nauczasz studentów działasz jako prezes  Polskiego Towarzystwa Higienicznego (PTH), kiedy Ty masz czas na te zajęcia, pracę z pacjentem no i dom? A Ty, Leszku też masz piękną rodzinę, czy czasami jej nie zaniedbujesz? No, nie, odparł, przecież oni się nie skarżą. Moi też nie. No to ustalmy, że nasze Kobiety-Żony są Aniołami.
A w dodatku nas rozumieją, moja jest lekarzem, więc czuje to samo co ja, rzekł Leszek, a mojej musiałem opowiadać dość długo o zdrowiu publicznym. Słuchała z zainteresowaniem, pomimo tego, że tak naprawdę miała na głowie cały dom i swoją muzykę. Najpierw więc zacząłem od definicji którą podał w 1920 roku prof. Uniwersytetu Yale C.-E.A Winslow:
„Zdrowie publiczne jest nauką i sztuką zapobiegania chorobom, przedłużania życia, promowania zdrowia i sprawności fizycznej poprzez zorganizowane wysiłki na rzecz higieny środowiska, kontroli chorób zakaźnych, szerzenia zasad higieny osobistej, organizowania służb medycznych i opiekuńczych w celu wczesnego rozpoznawania, zapobiegania i leczenia oraz rozwijania takich mechanizmów społecznych, które zapewnią każdemu standard życia umożliwiający zachowanie i umacnianie zdrowia”
Tak Jureczku, jak mniemam, wszyscy to rozumieją, nawet nie medycy, że „zdrowie jest najważniejsze” i jak powiedział nasz Kochanowski: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz aż się zepsujesz”. My to czuliśmy każdym naszym nerwem, od młodości, że zdrowie jest darem, którego nie należy psuć. Nad kwieciem lipowym cicho brzęczały pszczoły. Na chwilę przerwaliśmy rozmowę, by posłuchać jak brzęczą pszczoły nad kwieciem lipowym, odwiecznie, tak samo pięknie.
Potem podjęliśmy naszą rozmowę, a może to było wiele podobnych rozmów z Leszkiem, bo toczyliśmy je gdy jeszcze był wśród nas a potem odwiedzałem go na Lipowej, gdzie cmentarz, tak często jak tylko mogłem. A pamiętasz nasze boje o ustalenie programu specjalizacji ludzi którzy pragnęli tak jak my, zajmować się zdrowiem? Pewnie, że niektórzy z nich początkowo uciekali od zawodu, bo mieli dość utyskiwania żon na stałą nieobecność w domu z powodu dyżurów i pracy na kilka etatów. A może mieli już dosyć nieustannych skarg pacjentów na swoje rozliczne dolegliwości, przy całkowitej beztrosce i prowadzeniu niehigienicznego trybu życia. Tych przepalonych i przepitych twarzy, tych którzy pomimo zaleceń by żyć inaczej, beztrosko nadal spędzali czas przed telewizorem z puszką piwa w ręce. Ale nawet ci, którzy niejako uciekli do ludzkich problemów, po pewnym czasie zapłonęli chęcią działania i stali się naszymi gorliwymi pomocnikami. Tak, tak Leszku, znałem wielu takich. I niezależnie do początkowej intencji, podejmowali decyzję by się specjalizować w „ochronie zdrowia”. Pomnisz, Jurku, tych naszych ekspertów, z jakim zaangażowaniem opracowywali program tych specjalizacji, niestety już odeszli na łono Pana Boga, ale są w naszej pamięci, dodał Leszek i często zbieramy się tutaj, w naszym drugim świecie na wspólne biesiady i pogawędki, takie jak teraz z Tobą, Jurku. Wymieniłem jednym tchem tych naszych ekspertów: przewodniczący prof. dr hab. med. Jerzy Leowski ze Szkoły Zdrowia Publicznego i Medycyny Społecznej CMKP i Członkowie: prof. dr hab. med. Eugeniusz Piotr Wąsiewicz z Instytutu Medycyny Społecznej AM w Poznaniu, prof. dr hab. med. Maciej Latalski z Katedry Zdrowia Publicznego AM w Lublinie, dr n. med. Lech Dawydzik ze Szkoły Zdrowia Publicznego Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi, no i ty, Leszku, czyli oficjalnie, Profesorze dr hab. med. Leszku Hieronimie Wdowiaku reprezentującym wtedy Zakład Zarządzania i Ekonomiki Ochrony Zdrowia AM w Lublinie…
Tak, wyszkoliliśmy całkiem pokaźną kadrę… zamyślił się Leszek i zamilkł na chwilę, jak mniemam właśnie połączył się swoistym, niebiańskim telefonem z wymienionymi, ale prawdopodobnie byli bardzo zajęci, jak tu na ziemi, bo chyba nie odebrali, gdyż Leszek wrócił do mnie.
Tak, Jureczku, dlatego też przez bardzo wiele lat organizowaliśmy te „Dni Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego”.
Pomnisz Leszku, ileż to dyskusji prowadziliśmy nad programem, by ująć wielką liczbę różnorodnych tematów w zwięzłe ramy poszczególnych sesji.
Tak było Jureczku, nawet czasami sięgaliśmy po twojego ulubionego Merlota, bo jak powiadają - in vino veritas. Tak, tak i to się sprawdzało, gdy opadaliśmy z sił a noc już była głucha. Czasami wino było naszym pomocnikiem, zaśmiałem się. W ogóle dużo się śmialiśmy, czasami z byle czego, bo Leszek był jowialny, dowcipny i miał ogromne poczucie humoru. A i tobie, śmiech był bliski i bardzo potrzebny odparł Leszek.
Ileż to funkcji pełniliśmy i pełnimy w swoim życiu, odparłem. Ty, m.in. od 2007 roku kierowałeś Instytutem Medycyny Wsi im. Witolda Chodźki w Lublinie.
A kim był właściwie ten Witold Chodźko, nagle spytałem, coś tam o nim wiem, ale może mi opowiesz, a ja przekażę wnuczkom, bo pomimo młodego wieku lubią ze mną rozmawiać, a jak słuchają, rzekłem. Leszek na to, że właśnie niedawno wrócił do tematu, bo rozmawiali z synem. Otóż nasz Instytut nosi jego imię, gdyż poza tym, że był psychiatrą i jak ty, neurologiem, był wielkim społecznikiem, politykiem, w 1918 roku pierwszym polskim Ministrem Zdrowia Publicznego i Opieki Społecznej a także wolnomularzem, dodałem. Zda się, że żył w odległych czasach, a właściwie tak nie było. Owszem, urodził się w 1875 roku, ale zmarł w 1954, czyli już wtedy wylądowaliśmy na tym świecie, zaśmiał się - jak widzisz nie używam określenia „na tym padole łez”, bo uwielbiam swoje życie, które uważam za udane i kocham ludzi.
A ja dodałem, że mam podobnie oraz wrzuciłem ciekawostkę niedawno przeczytaną, że Witold Chodźko był dziadkiem Krystyny Zachwatowicz, żony Wajdy. Rozmarzyliśmy się, gdy wspomnieliśmy o kinie, nocnych seansach na Rynku w Kazimierzu nad Wisłą i wielu wspólnych wieczorach przegadanych a bywało że przetańczonych nawet. To było dawno i nieprawda, zaśmiał się Leszek, z taką tuszą mógłbym zatańczyć jedynie na rozżarzonych węglach jak ten niedźwiedź smorgoński.
A wiesz dlaczego na te wszystkie „Dni Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego” zapraszałem kolejnych naszych ministrów zdrowia? Spytał Leszek. No, wiem, chciałeś nadać tym spotkaniom odpowiednią rangę, to też, odparł, ale stale miałem nadzieję, że ich zarażę naszą pasją i przekonam do szerokich działań profilaktycznych. I udało się, chociaż przyznam, że częściowo, niektórzy wprowadzili wiele programów prozdrowotnych i widziałem ich rezultaty. Nie masz pojęcia, jak bardzo to radowało moje serce.
I wychowaliśmy całe pokolenia specjalistów z dziedziny zdrowia publicznego, tu chciał ich wymieniać, ale nadszedł Abel i „wpadliśmy na tory” rozważań natury ogólnej oraz moralnej, rozpoczynając dyskusję nad życiem i śmiercią.
W pewnej chwili Leszek oznajmił, co zresztą wiedzieliśmy, bo mawiał o tym kiedyś często, więc Leszek oznajmił - pokochałem ten cmentarz miłością pierwszą, no może niezupełnie pierwszą, ale bezgraniczną. Nawet to miejsce gdzie sobie siedzimy pod lipą wykupiłem wcześniej, wybierając starannie, by było mi miłe.
A w dodatku mogłem się tu spotykać z Piotrem. Którym Piotrem? spytałem. No Ściegiennym, też tutaj mieszka… Gdy opowiada mi o sobie, a lubię jak opowiada, pomimo tego że się powtarza, bo jest zapalczywy i musi uzewnętrzniać swoje emocje, zawsze myślę, ile w nim było siły, by oddawać życie za swoje idee. Nie to co my, działamy w warunkach pokoju na świecie i bez wyraźnych wrogów. Mamy komfortowo, Jurku. Przytaknąłem, gdyż zabrzmiało to jak zwykle u Leszka optymistycznie. Tak mamy dobre warunki. A Piotr Ściegienny, syn rodziny chłopskiej, kapłan z powołania, ale też społecznik a nawet urzędnik i nauczyciel chłopski. Też pisał, m.in. Złotą książeczkę streszczającą dzieje ludzkie z próbą wyjaśnienie przyczyn nierówności i ucisku narodowościowego na ziemiach polskich. Nie tylko pisał, ale też w latach 1842-1844 zorganizował konspiracyjny Związek Chłopski. Teraz rozumiesz, Jurku, dlaczego zajmowałem się wsią? To wpływy Piotra, wyraźne, teraz je w sobie odkrywam. On w 1844 roku wraz z innymi organizacjami patriotycznymi planował powstanie ludowe, i otwarcie spotkał się z masami chłopskimi we wsi Krajno pod Kielcami. Oczywiście carska policja, która od dawna śledziła poczynania konspiratorów, następnego dnia aresztowała przywódcę i wielu innych naturalnie udaremniając powstańcze plany. Sąd wojenny skazał 24 oskarżonych konspiratorów na bezterminowe zesłanie do ciężkich robót na Syberię oraz pozbawił praw. Kapituła katedry lubelskiej od razu wydała decyzję, która pozbawiała go sakry i praw stanu duchownego. I odsądziła od godności kapłańskiej - rzekł Leszek, spoglądając na mnie wymownie, bo wiedział co myślę na ten temat. Piotr Ściegienny w czasie zesłania wielokrotnie występował do cara o skrócenie kary. I wreszcie się udało, po wielu latach powrócił do Polski i nawet odzyskał godności kapłańskie. Waleczny był i konsekwentny, rzekłem. A Leszek kończył swą opowieść, nie zważając na moje słowa, tak jakby na chwilę się ode mnie odwrócił i rozmawiał z Piotrem. Wszystko było możliwe, tutaj na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej. Tak Piotrze, mówił Leszek - potem żyłeś w nędzy ale stale blisko ludzi którzy ciebie potrzebowali; jako kapelan Szpitala Bonifratrów na przedmieściach Lublina towarzyszyłeś umierającym dając im spokój i pewność, że to jeszcze nie koniec, że to dopiero początek nowego życia które ofiarowuje nasza wiara, prawda Piotrze? Pewnie Piotr skinął głową, bo zadowolony Leszek odwrócił do mnie swoją uśmiechniętą twarz i powiedział. Tu dopiero jest prawdziwe życie, wiesz Jurku? Nie bałem się duchów, mieszkałem kiedyś nieopodal junikowskiego cmentarza w Poznaniu, więc teraz z radością gadałem sobie przy mogile Leszka, jakbym był w najlepszym miejskim klubie. A, jeszcze jedno rzekł Leszek - czy wiesz Jurku, że na tym cmentarzu, przy grobie Piotra Ściegiennego w okresie międzywojennym zawsze kończyły się manifestacje robotnicze i pochody z okazji 1. maja i że tę tradycję odnowiono w latach 80-tych a także pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku. Tak, ciekawą postać mi przybliżyłeś Leszku, rzekłem czując jak zjednoczona siła Piotra i Leszka wypełnia moje serce. Można było mieć inne poglądy, nie honorować 1 maja, ale waleczność konsekwencja i idee obrony biednych stwarzanie im lepszych warunków życia były mi bliskie chociażby poprzez to, że jako wiceprezes Polskiego Towarzystwa Higienicznego dobrze znałem pierwsze założenia i działania PTH. Praca u podstaw na rzecz biednych i bezdomnych to były te idee, realizowane z pasją i skutecznością… ale to już inna historia, rzekłem, gdy Leszek patrzył na mnie pytająco, gdyż o PTH tylko myślałem siedząc w milczeniu…
Gdy odszedł od nas Abel, bo wzywały Go jakieś ważne obowiązki, my wróciliśmy do przerwanej dyskusji o naszej pracy i jednocześnie pasji.. Od wielu lat przekonuję kogo się da, o przewadze profilaktyki nad leczeniem, że „lepiej zapobiegać niż leczyć” – rzekł Leszek i kontynuował – przekonywałem też, iż należy odpowiednio organizować pracę służby zdrowia a pieniądze wydawać precyzyjnie określając cele bliskie i odległe, czyli planować przyszłość a nie trwonić. O tak, przytaknąłem, nasze, publiczne pieniądze powinny trafiać tam, gdzie należy. Niestety z tym różnie bywa, kolejne rządy, kolejne reformy. Och, nie utyskujmy, walczymy Leszku, nawet kropla drąży skałę a Twoje pomysły jak zorganizować system opieki zdrowotnej są nowatorskie, może ktoś kiedyś do nich wróci, jak to w życiu i nauce bywa. Może, zadumał się Leszek.
Nagle zza wielkiego pnia wychyliła się sylwetka pana w kapeluszu, dzień dobry panie Profesorze, potem jakaś kobiecina w berecie, powtórzyła powitanie. I wtedy przypomniałem sobie, że nawet idąc ulicą, ludzie kłaniają się Leszkowi i ofiarowują mu uśmiech. Tak, Leszek był mocno zakorzeniony we wszystkich środowiskach Lublina, okolic, a nawet całej Polski, lubiany i ceniony. Lubili Go nasi wychowankowie z kursów z zakresu profilaktyki zdrowotnej, bo Leszek ze swoją pogodną, nieomal zaraźliwą radością i optymizmem aurą był postacią niezwykłą. Jego ciepła i przyjazna osobowość sprzyjała temu, że chętnie był wybierany na różne zaszczytne stanowiska. Przez wiele lat pracował w lubelskiej Akademii Medycznej, był też członkiem licznych zespołów centralnej administracji państwowej ds. zdrowia, m.in. konsultantem krajowym w dziedzinie zdrowia publicznego. Od 2007 kierował Instytutem Medycyny Wsi im. Witolda Chodźki w Lublinie i m.in. był prezesem Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego, ja zostałem jednym z czterech wiceprezesów i wszyscy stanowiliśmy bardzo dobrany zespół. Leszek potwierdził, tak bardzo dobrze się nam razem pracowało, zawsze potrafiliśmy robić sobie małe przerywniki, dla relaksu i profilaktyki, gdyż dbaliśmy o swoje zdrowie, przynajmniej psychiczne, bo z cielesnym bywało różnie, dodał z uśmiechem. Pisywaliśmy też różne prace, ale pomagały nam nasze asystentki, orzekliśmy wspólnie, nie ma to jak dobre asystentki, czy asystenci, dodałem, chociaż czasem wolałem kobiety, upierał się Leszek, nie tylko, że miło popatrzeć, ale staranne, dokładne, obowiązkowe. Przyznałem mu rację.
Na przykład twoja, Jurku, tzw. prawa ręka, chociaż ostra kobieta, ta Aneta, wszystkich potrafiła brać za twarz, była przewodniczącą Komitetu Organizacyjnego kolejnych naszych „Dni Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego” odbywających się w Poznaniu w latach 2003,2006 i 2009 a w roku, kiedy wybrałem ten drugi też bardzo ciekawy świat, czyli w 2010 zorganizowaliśmy je w Bydgoszczy. Tak, dr n. biol. Aneta Klimberg była naszą szefową, zaśmiał się Leszek, a my obaj tylko współprzewodniczyliśmy. Dawaliśmy ludziom swobodę w działaniu, gdy już ich poznaliśmy, że mają dobre pomysły a ich działania są skuteczne, dodałem. Ciekawe, czy one tak też o nas mówią i jak nas oceniają. Lepiej tego nie wiedzieć, roześmialiśmy się jednocześnie porozumiewawczo.
I gawędząc dalej wspominaliśmy nasze dyskusje i rozgrzane dyskusje uczestników tych „Dni…”, istne burze mózgów, i te plany co zmienić w kraju by ludziom było lepiej. O tak, pamiętam… I co z tego zostało? zapytał. Niewiele, pokręciłem smutno głową. Nasze idee niszczy codzienność. Nieprawda, odparł. Raz zasiane ziarno kiedyś wykiełkuje. Popatrz ile młodych lip wyrasta co roku z tych starych, aż muszą z nimi walczyć, bo chcą rosnąć w siłę.
Patrzę. Jest tu pięknie. Trzy cmentarze Lublina, największe i najstarsze (rok założenia 1794) i najcenniejsze we wschodniej Polsce są właściwie połączone w jeden – co jest jakby symbolem pojednania wszystkich ludzi, niezależnie od wyznania i poglądów. Zgodnie leżą tu katolicy, prawosławni, ewangelicy augsburscy a także żołnierze armii austro-węgierskiej polegli z czasie I wojny światowej, bojownicy walk z bolszewikami, wojskowi różnych wyznań i ateiści. Wszyscy w cieniu wielkich wiekowych lip. Nic więc dziwnego, że On wybrał sobie właśnie to miejsce.
Opowiadał mi o nim, że często odwiedza by choćby pogadać z różnymi wiecznymi mieszkańcami cmentarza, także ze wspomnianym już Piotrem Ściegiennym, który kochał chłopów, walcząc o ich wolność. Piotr poznał Syberię, gdyż jego poglądy i walka nie podobały się caratowi. Zamyśliłem się. Cóż znaczy nasza walka o godność ludzką, wobec prawdziwych bojowników gotowych umrzeć dla tej sprawy. Wyczuł moją zadumę, i po swojemu żywiołowo ją przerwał. Spójrz, rzekł, jakże piękna jest tutejsza cerkiew prawosławna. Gdy tu przychodzę, no nie, poprawił się, przychodziłem, a teraz sobie mieszkam obok, zawsze do niej zaglądam, najpierw podziwiając jej radosne, optymistyczne kształty. Jest nieomal bajkowa, cała zanurzona w wielkich drzewach. Ona daje mi siłę. A do tego jeszcze jej znamienna nazwa: cerkiew pod wezwaniem Świętych Niewiast Niosących Wonności. One przyszły do grobu Jezusa… opowiada tę historię znaną z Ewangelii. I któregoś dnia zapragnąłem tu zamieszkać. Tak, było to 16 lutego 2010 roku, kiedy nas opuściłeś, rzekłem. Nieprawda, żachnął się. Przecież nadal jestem z wami, możemy się spotykać i nawet ucinać pogawędki zarówno bardzo poważne jak i frywolne, tak jak zawsze. Uśmiechnął się pięknie, jego zawsze energetyczne oczy rozbłysły a usta czasami mocno zaciśnięte i stanowcze stały się miękkie i przyjazne. Tak, miał usta smakosza. Nic dziwnego, że tak bardzo się zmienił przez te prawie 50 lat naszej znajomości. Oczywiście od razu pojął o czym myślę i rzekł. Tak lubiłem, tak jak Ty, delektować się różnymi smakami życia, do których m.in. należało delektowanie się pysznymi daniami. A jak wiesz, okazji mieliśmy wiele, więc przybierałem na wadze. Poza tym to może brak lub nadmiar jakichś bakterii jelitowych czy hormonów jak teraz mówią, Ty wiesz najlepiej, bo w czasopismach których jesteś Naczelnym Redaktorem o tym piszecie. Ale mnie ta tusza zupełnie nie przeszkadzała, no może trochę ograniczała ruch, ale tyle w niej było zakamarków, a w każdym siedział pomysł na nowe tematy naszych spotkań, czy spotkań z ministrami zdrowia, by przekonać o słuszności swoich pomysłów i poglądów. Oderwałem się od rozmyślań nad swoim także nieco przybierającym na wadze ciałem i ew. skutkach zdrowotnych dość łatwych do przewidzenia, gdyż On dodał. No i ta tusza w pewnym stopniu nas połączyła z Ablem, który niedawno tu nas odwiedził, gdy tak sobie gawędziliśmy… To… prawosławny, mamy taką samą chęć smakowania życia, ale nie to najważniejsze. Najważniejsze były nasze poglądy, umysły tak samo wzlatujące ponad przeciętność, poczucie humoru i wiele, wiele innych cech które nas jednoczą. Bo On mnie tu odwiedza, wiesz? Wiedziałem, bo ja także, ilekroć jestem w Lublinie, od tamtego dnia, gdy odprowadzaliśmy Go na ten cmentarz, a nawet wcześniej, bo o nim tak zajmująco opowiadał, tu zaglądam. Jest okazja do rozmyślań, że przecież cmentarze są kontynuacją życia, jego nieodłączną cząstką, jest też okazja do pogawędek z Leszkiem i tu „ładuję swoje akumulatory” by dalej iść do przodu, działać, działać, działać. I znowu On mi przerwał. A może ja zapytałem, nie pomnę. Dlaczego odszedłem? dlaczego odszedłeś od nas Leszku? tak wcześnie, miałeś dopiero 61 lat. Tak sobie wybrałem, tę datę i nawet miesiąc luty, gdy jak wiesz przyroda śpi snem kamiennym. Zapragnąłem poznać Święte Niewiasty Niosące Wonności, patronki tutejszej cerkwi, Pana Boga oblicze czy srogie czy łaskawe będzie dla mnie, posłuchać chórów anielskich a potem oglądać sobie świat z tej wysokiej perspektywy. Stamtąd więcej widać, wiesz? Przytaknąłem, chociaż mogłem sobie to tylko wyobrazić. Pomyślałam, że jak On tak mówi, to na pewno ma rację, bo bywało nawet dość często, że mu ją przyznawałem, potem on mi ją przyznawał i osiągaliśmy konsensus w przeróżnych tematach… także podczas spotkań oficjalnych… I wiesz dlaczego wybrałem miesiąc luty na przeprowadzkę do mojego ostatniego locum przy ul. Lipowej? No nie wiem, rzekłem, ano dlatego że przyroda śpi a zapragnąłem poczuć całym swoim wielkim ciałem, każdym jego zakamarkiem, jak się budzi, jak zaczynają krążyć soki. To takie radosne… i poznałem i warto było zmienić adres zamieszkania, na tutejszy lipowy.
Ale nie żal Ci było, Leszku, opuścić swój drewniany piękny dom wzniesiony nieomal własnoręcznie na zbiegu trzech granic Polski, Białorusi i Ukrainy? Nie żal. Ten dom to też symbol. On tam specjalnie stanął, bym mógł obserwować inne narody, ich różnice, wspólne cechy i nawet zręcznie teraz swoimi ponadziemskimi metodami trochę pomagać tym ludziom we wzajemnym zrozumieniu. Nie bardzo rozumiałem o czym myślał, ale przytaknąłem. Bo widywałem tylko ten dom, do którego mnie kiedyś zapraszał, jego urodę i gościnne progi i przeuroczą eteryczną, Jego Żonę. A nawet miałem zaszczyt posadzić w przydomowym ogrodzie drzewo. Bo Lech nie lubił, gdy przynoszono Mu cięte kwiaty, to tak jak ktoś mi znany, pomyślałem, natomiast proponował, by zamiast tychże kwiatów przywozić ze sobą sadzonki drzew. Tak, on kochał drzewa nieomal tak jak kochał ludzi i różne smaki życia. Ciekawe jak wygląda drzewo przeze mnie posadzone, czy w ogóle je poznam. On, odgadując moje myśli, zawsze tak miał, a teraz szczególnie gdyż wszystko widział słyszał i czuł ze swojej niebiańskiej pozycji, powiedział – poznasz, poznasz swoje drzewo… nie jestem tego pewien, ale jak on tak mówi, to pewnie ma rację. Może gdy się zdarzy, chociaż mało prawdopodobne, gdy raz jeszcze odwiedzę ten dom na skrawku ziemi przylegającym do trzech krajów Polski, Białorusi i Ukrainy, poczuję szum nad głową, to będzie On sam, albo wysłany przez Niego Anioł, który wskaże to moje drzewo. Musi już być wysokie, dorodne, pełne krążących soków. Poczułem jak krążą w tym drzewie i we mnie. Poczułem siłę drzew i moc Leszka. Zapragnąłem je zobaczyć…